Urodziłem się w 1967 roku w Ostrołęce.

W dużym ogrodzie przy starym szlacheckim domu, w którym wychowałem się, rosły drzewa owocowe pośród na wpół dziko  niekoszonej trawy.

Przed budynkiem rozpościerał się kilkuhektarowy sosnowy park z alejkami i placem zabaw.

Gdy spostrzegłem, która strona długopisu pozostawia ślad na papierze, opiekująca się mną babcia ustaliła dzienny limit wydawanych mi śnieżnobiałych kartek. Jednak ze względu na moje protesty i głodowe strajki owa granica była często łamana.

 

 

 Fragment wywiadu z Niną Neumann dla WAZ. 02.20116

 

 

- Jak odnosisz się do sztuki a ściślej mówiąc do malarstwa?

 

 Sądzę, że powinna dotykać duszę i prowokować wyobraźnię. Powinna kazać przystanąć na chwilę i zastanowić się. Również ma prawo potrząsnąć za fraki, jeśli jest ugruntowana humanitarnie i nieprzypadkowo dano jej to mienie. Ciężko jest określić sztukę słowami a szczególnie własną. Wiedzą to najlepiej ci, którzy codziennie o niej piszą. Nasze słownictwo jest za ubogie, a każdemu towarzyszą inne odczucia przy jej odbieraniu.

Gdy ktoś stoi jak zaczarowany przed jakimś obrazem, a ktoś inny stara się mu wytłumaczyć, co miał na myśli artysta przy jego tworzeniu, wtedy wszystko niweczy. Jedno słowo może zepsuć całokształt.

Do malarstwa odnoszę się jak do czegoś mistycznego, czego nie można określić mową. Oddaję się bezgranicznie temu czemuś, co następnie powie mi, czy poświęciłem się mu do końca czy nie.

 

 - Jakbyś określił swoje malarstwo?

 

 Myślę, że ciągle poszukuję. Przenoszę na płótno to, co mnie frapuje i zastanawia. Nie piszę pamiętnika. Raz posługuję się estetyką, która jest odkrywana na nowo. Innym razem posługuję się zabawą, jakbym dalej bawił się w wielkim ogrodzie. Nie chcę być zaszufladkowany, by dzięki temu być łatwiej rozpoznawalny i nie zmierzam do swojego niepowtarzalnego stylu. Chociaż kto wie? Może kiedyś?

Udało mi się rozwinąć i użyć techniki malarskie które jeszcze nigdy nie były stosowane.

W moim malarstwie podobnie jest jak w życiu; kurczowe trzymanie się wszystkich wcześniej poznanych zasad i norm nie pozwala na rozwój. Najpierw muszę coś oddać, by otrzymać coś nowego. Uważam, że tylko dzięki dużemu wysiłkowi i pewnym wyrzeczeniom można wypłynąć na nieznane strefy malarstwa. Dzięki sztuce a w moim przypadku malarstwu, doszedł jeszcze kontekst samopoznania.

Droga która nie zawsze jest usłana różami.

 

- O drodzę do poznania samego siebie i o tym jak ważną rolę odgrywa w życiu  

   podświadomość mówi  się coraz głośniej. Uważasz, że to dobry kierunek?

 

 Jak najbardziej. Joseph Boys w Niemczech i Henryk Tomaszewski w Polsce nakłaniali swoich uczni do rozbudzania intelektu poprzez zgłębianie siebie, nie ulegania schematom i do przełamywania stereotypów.

Dzisiaj coraz rzadziej słychać o pedagogach, którzy właśnie propagują drogę do poznania siebie samego. Może należy zmienić priorytety. Nie powinno się liczyć, ile lat i gdzie ktoś studiował, a to z jaką intensywnością oddał się sztuce, czy odbył drogę do poznania siebie.

Święty Augustyn mówi, że: „Ludzie odbywają wielkie podróże, by podziwiać wysokie góry, wielkie fale morza, ruchy lodowców i gwiazd. Jednak potrafimy przez całe życie przejść obok siebie samych bez najmniejszego podziwu”. Dzięki przebyciu takiej drogi poznajemy inne wartości, przez co mamy więcej szacunku dla siebie i innych, więcej czasu na marzenia i wyobraźnię, która jak wiemy kreuje naszą rzeczywistość.